środa, 21 marca 2018

Bonus I Dzień z życia Nathaniela + ZAWIESZENIE

1 komentarz:
Witam wszystkich, którzy jeszcze tu zaglądają.
Mijają trzy lata od momentu stworzenia bloga. Miałam wielkie plany - wspaniałe, jedyne w swoim rodzaju. Jaka szkoda, że wszystkie wyobrażenia legły w blasku Marysuizmu.
Pisałam w czasie, gdy o literaturze nie miałam w zasadzie większego pojęcia. Przykre, ale prawdziwe. Teraz, gdy to czytam, czuję wstyd. Ale mam pewien sentyment do tej historii, więc zostawiam Wam ją - być może kiedyś tu wrócę.
Musiałam przerwać. Nie mogłam kontynuować czegoś, co w zasadzie nie kleiło się kupy. Dzisiaj publikuję dawno napisany bonus, który chciałam wstawić, ale coś mnie powstrzymywało. Potraktujcie to jako niepewne pożegnanie, choć bardzo liczę na to, że uda mi się zmotywować i zmienić historię. Zobaczymy, co przyszłość przyniesie.
Tak więc, blog zostaje

ZAWIESZONY

Dziękuję za każde wejście, każdego czytelnika, każdy komentarz.
Życzę miłego czytania przy ostatnim poście.

P.s rozdział nie był edytowany od momentu jego napisania. Wszelkie błędy wynikają jedynie z mojego ówczesnego braku doświadczenia.


Po raz kolejny obraz zamszałego nieba jawił się nad Azylem, przyciągając ku sobie parę ciekawych świata, szmaragdowych oczu.
 Jasnowłosy chłopiec przyłożył twarz do szyby, czując na policzku zimno, powoli przenikające całe ciało po kontakcie z lodowatym szkłem.
Drobinki kurzu unosiły się w powietrzu, zmieniając kierunek wraz z  głębszym oddechem elfa. Płatki śniegu z gracją odtańczyły wietrznego walca, mieniąc się srebrzystym blaskiem i łącząc w ulubione pary przy zmianie melodii grywanej przez ludzi.
Na końcu, wykonując widowiskowy piruet, kłaniały się w stronę usypanej, puszystej góry, wyrzeźbionej przez podobnych sobie tancerzy.
  Dym sączył się leniwie z kominów, tworząc kwaśny wisior oplatający chaty. Widział, jak przydrożna oberża wypełnia się ludźmi, chcącymi zatopić swe smutki i pragnienia w przytłaczającej szklance wypełnionej mętnym płynem.
 W oddali dostrzegł kamienną świątynię, zdobioną ścianą lodu, główne serce Azylu.
 Pogładził palcami szorstki materiał swetra, który nieco wisiał na drobnym ciele i wyobraził sobie, jak on, Nathaniel, stoi na szczycie skalnej fortecy i unosi ręce ku górze, aż w końcu odrywa stopy od mroźnego podłoża i wzbija się w powietrze.
 Unosi się, zostawia za sobą przykry, groteskowy zwój przeszłości i ciągnie przed siebie bagaż wypełniony nadzieją. Jest coraz wyżej, wyżej.
 Nie boi się spaść.
 Wie, że to niemożliwe.
 - Nathaniel, słyszysz mnie?
  Wichura zastąpiła mu drogę. Ciemne chmury wisiały nad głową, błyskawice strzelały w bezbronnego elfa, próbującego ostatkami sił utrzymać bezwładny korpus w locie. Przechyla się w lewo, prawo.
 „Muszę lecieć dalej" myślał.
 - Nathaniel!
 Ziemia zbliżała się coraz szybciej. Myśli gorączkowo błądziły po głowie, chcąc znaleźć sposób na bezpieczne dotarcie do domu. Ale cóż mógł wymyślić zaledwie siedmioletni chłopiec, gdy otaczała go rozpadlina, a jedynym możliwym rozwiązaniem było zderzenie się ze śmiertelnie nudną rzeczywistością?
 Skrzypienie desek. Szuranie krzesła o drewnianą podłogę. Zmartwione spojrzenie błękitnych tęczówek.
 Spadł.
 - Nathaniel, co się z tobą dzieje?
 Z wyrzutem spojrzał na stojącą przed nim sylwetkę.
 - Nic. Zamyśliłem się tylko.
 Odgarnęła z czoła włosy o złocistym odcieniu i przysiadła na skraju pryczy.
 - O czym myślałeś?
 Wzruszył szybko ramionami i uśmiechnął się.
 - Latałem. Ale potem spadłem. - Zmarszczył brwi, chcąc nadać twarzy gniewny wyraz. - Przez ciebie.
 Uszczypnęła go delikatnie w policzek. Starła kciukiem masło z kącika ust elfa i złożyła na kolanach opasły tom.
 - Mieliśmy się pouczyć, pamiętasz? Pisanie i czytanie bardzo ci się przyda.
 Z powątpiewaniem spoglądał na grubą księgę. Połatana skóra, tu i ówdzie poplamiona i krzywo zszyta, przedstawiała sobą nienajlepsze wrażenie.
 - Nie chce mi się teraz. Możemy uczyć się jutro? - Widząc skonsternowaną minę siostry, dodał szybko - Proszę.
  Odetchnęła głęboko i z niechęcią odłożyła wolumin na bok.
 - W porządku. Ale im szybciej zaczniesz, tym lepiej. Tak było ze mną.
  - A kto cię uczył czytać i pisać, Lutio?
 Elfka uśmiechnęła się nieśmiało.
  - Mama. Jako jedna z nielicznych w klanie posiadała tę umiejętność - Przygładziła fałdkę materiału bufiastej koszuli - No, ale jeśli chcesz jutro... To może wyjdziesz gdzieś się pobawić? Jest tyle śniegu...
 Entuzjastycznie pokiwał głową i zeskoczył z siedziska. Podbiegł prosto do sosnowych drzwi i uchylił je, chwytając w przelocie wełniany płaszcz i rękawice.
 Lutia podpełzła do okna. Po chwili mogła zobaczyć, jak mały elf wesoło skacze w miękki, biały puch.
 Przykryła się szarawym pledem, przyciągnęła kolana pod brodę i przymknęła powieki, a odległe sceny w szkarłacie przelatywały przed oczyma.
  Jedynie wspomnienie elfiej kobiety tulącej ją do piersi dały nikły poblask jasnego światła.

sobota, 9 września 2017

Rozdział 10. Wybrzeże Sztormów

Brak komentarzy:

Witam i przepraszam!
Tak, wiem... Nie było mnie masę czasu...
Ale przeprowadzka+ brak internetu + problemy z laptopem... Przerosło mnie to...
Ale nic... Mamy 10 rozdział!
Z tej okazji myślałam nad zrobieniem jakiegoś bonusu ( coś w stylu "dzień z życia Nathaniela ") albo one-shota. Co o tym myślicie? Macie jakieś pomysły? Zapraszam do czytania!
P.s czy wam też się wydaje, że zaliczyłam niezłego level-up z pisaniem? Poważnie, przejrzyjcie rozdział 1 i ten - myślę, że różnica jest bardzo widoczna ;D


Powiedz mi więc,
jak odnaleźć mam?
Źródło, którego ból płynie
z zadanych nam ran.
Nie odeprzesz pokus, choćby
cały świat się zmienił w nie.
Oddaj zaś choć cząstkę tego,
w co wwierca pycha cię.
Nie dotrzymasz stałych prób,
odnajdź jedną ze starych świec,
choć włożyłeś cały trud,
nie dogonisz rzeczy, która pragnie zbiec!
Powiedz mi więc,
jak odnaleźć mam?
Źródło, którego ból płynie
z zadanych nam ran.
Gdy na sznurze swym zawiśniesz,
pomyśl bracie o swych dzieciach!
I złóż całun modlitewny,
na czole nic nie wartego kmiecia.*

Lutia smakowała każde słowo dawnej pieśni cicho rozbrzmiewającej podczas spotkań przy ognisku. Słodko-gorzki posmak wciąż pozostawał na języku, przypominając jej o jakże dokuczliwym poczuciu winy. Tak pragnęła temu zaradzić! Krzyczała, walczyła, błagała - wszystko na nic! Ah, jakże miała dość nieustającego cierpienia! Wiecznego zmartwienia, które wyjątkowo ciążyło na duszy dziewczyny. Przecież to było tak dawno, dawno! Mimo wszystko, chowała w sobie urazę wielką do tego stopnia, że samo spojrzenie na czarnowłosą napawało ją jednocześnie lękiem i obrzydzeniem. I co ma zrobić teraz, całkiem sama? Gdyby mogła chociaż mieć pewność, że bliscy żyją! Jakby to ułatwiło sprawę!
  Elfka lekko stąpała po leśnym poszyciu. Zgniłozielona trawa i szarawe niebo jedynie pogłębiały jej agonalny nastrój. Cichy szum strumyka pozwolił choć na chwilę oderwać się od przykrych wspomnień. Pogórze,  po którym wchodzili, mieniło się kolorami żółci, szarości i brązu. Mchy i porosty skutecznie uniemożliwiały bezpieczne przejście przez las, musieli zatem przywiązać konie do najbliższych konarów wysokich, iglastych drzew. Maleńkie chochliki, wielkości kilku ziaren grochu, były jedynym źródłem światła w przytłaczającym igliwiu. Tajemnicze cienie przesuwały się wraz z nimi, choć oczywiście, nie mieli o tym pojęcia.
I to był ich wielki błąd.
  Wybrzeże Sztormów, jak nazwa wskazywała, było znane z częstych wichur, powodzi i zamieszek. Toteż nic dziwnego, że wchodząc do tego ponurego miasta, czuli się skrępowani i niepewni. Znaleźli się w centrum uwagi. Ludzkie oczy obserwowały każdy ich ruch. Pomiędzy straganami czaili się na nich łotry, chowający w zanadrzu zakrapiane trucizną ostrza. Wychudzone kobiety i dzieci czuwały pod ścianami drewnianych chałup, wyciągając ku nim kościste ręce z kubkami. Lutia, której współczujące serce nie pozwoliło przejść obok nich obojętnie, wrzuciła kilka monet i uśmiechnęła się życzliwie. Bezzębna staruszka poklepała ją po dłoni i posłała przyjacielskie spojrzenie. Nieco dalej zauważyła biegnące, kalekie psy. Za nimi podskakiwał mężczyzna ze strzelbą wymierzoną w bezbronne zwierzę. Gdy pociągnął za spust, dziewczyna odwróciła wzrok. Ciche kwilenie dotarło do jej uszu. Po chwili para chłopców, zapewne bliźniąt, podbiegła do zastrzelonego futrzaka. Chwycili go za łapy i zanieśli matce. Dalijka starała się nie zauważyć garnka stojącego tuż przy wejściu. Otarła kilka niesfornych łez. " To straszne!"- Pomyślała - " Przez ten cały czas użalałam się nad sobą, podczas gdy oni..." Nie zdążyła dokończyć, poczuła bowiem na ramieniu czyjś ciepły dotyk.
- Hej, wszystko w porządku?
Odwróciła się. Wzruszyła ramionami i ścisnęła mocniej pięści.
- To... Takie niesprawiedliwe, Varriku! Oni tu głodują! Są chorzy... Ranni... Gdybym tylko mogła im jakoś pomóc...
- Jeszcze przyjdzie na to czas. Znając tych tam, - wskazał głową lawirującą między przechodniami Kasandrę i kroczącego przy jej boku Solasa - wyszkrobią najmniejszy kamyk z chodnika Azylu, byle by inni mieli co do gara wrzucić  Głowa do góry.
   Lutia z wdzięcznością spojrzała na krasnoluda. Skoro mogła nieść wsparcie potrzebującym, służba w Inkwizycji wcale nie była taka straszna!
Oczywiście, pomijając fakt, jak się tam znalazła. 

niedziela, 28 maja 2017

Rozdział 9. Wybuch

Brak komentarzy:
Ehhh.... Dzień dobry?
Tak, wiem, minęły dwa miesiące... Ale tyle się ostatnio działo... Egzaminy, przeprowadzka, pogrzeb wujka... Nie mam siły o tym pisać. Liczę na Wasze komentarze i wybaczenie. 
No psieplasiam no :)



 Promienie  słoneczne sączyły się przez okienną szybę. Drewniana prycza skrzypiała przy niemal każdym, nawet łagodnym ruchu jasnowłosej. Nieświadomie wydęła usta w wąską podkówkę, zastanawiając się nad obecnym położeniem oraz możliwym rozwiązaniem.
 Tkwiła w lecznicy przez kolejne długie dni. W tym czasie zdążyła zorientować się, że Kasandrze wcale nie spieszy się z odwiedzinami. Wizytę złożyli jej Leliana, Cullen, a nawet Józefina. I naturalnie, Nathaniel wraz z Armeną. Zauważyła również, że obecni goście z trudem starają się unikać tematu czarnowłosej i Wyłomu.
 Tylko dlaczego? O co w tym chodziło?
 Przecież nie tak dawno ciągle słyszała „ Jesteś naszą jedyną nadzieją! Potrzebujemy cię, Lutio!"
  Poczuła, jak strach oplata jej serce. Powinna poczuć ulgę. Przestała być im niezbędna. Od teraz była wyłącznie małą, nic nie znaczącą kukiełką. Szmacianą lalką. Zabawką.
 A jednak myśl o tym, że miała lada chwila opuścić Azyl i mieszkańców, nie dawała jej spokoju. Mimo wszystko, wcale nie było tu tak źle. Lubiła wieczorami siedzieć przy ognisku i w samotności odbywać ze sobą ciche rozmowy. Nie wspominała również o tym, jak wkoło ognia widzi swych byłych pobratymców raczących się kolejnymi, przydługimi historiami. Wzięliby ją za oszalałą, choć niewiele brakowało jej do tego określenia. Najbardziej lubiła wsłuchiwać się w plemienne legendy. Słowo „ plemię" w żadnym razie nie odnosiło się do elfiej kultury. Natomiast nie potrafiła znaleźć lepszego określenia na wspólne rozterki łączące każdego z osobna. Wiązała ich miłość. Braterska lub nie, lecz wyjątkowo szczera i trwała.
 Ulubioną opowiastką była legenda o straszliwym wilku.

niedziela, 19 marca 2017

Rozdział 8. Próba

Brak komentarzy:
- Pospiesz się!
 Lutia gnała przez ośnieżone wąwozy. Na jej włosach pojawiły się okruchy lodu. Płatki śniegu zdawały się ciąć jej skórę, pozostawiając po sobie niemiłosierne pieczenie. Wichura uderzyła z wielką siłą, wytrącając z równowagi stąpającą po kruchym ludzie elfkę. Przegryzła siną wargę i zmrużyła oczy, starając się iść przed siebie.
 Mijały następne godziny. Ostre wierzchołki gór zastąpiły łagodne zbocza. Lekki podmuch zimnego wiatru  wwiercał się w jej nozdrza. Wciągnęła powietrze, czując w klatce piersiowej ustępujący ból.
 - Za niedługo dotrzemy.
 Lutia rzuciła rozmówczyni pogardliwe spojrzenie. Wspominała odbytą dziś rano rozmowę, nie dowierzając własnej lekkomyślności.
 - Możemy porozmawiać?
 Dalijka uniosła wzrok znad grubej księgi.
 - Niekoniecznie.
 Kasandra podeszła do niej, wyrywając lekturę z jej dłoni.
 - Wybacz. My MUSIMY porozmawiać.
 Odłożyła zdobycz na półkę i usiadła naprzeciwko jasnowłosej. Lutia założyła nogę na nogę, skrzyżowała ramiona i uniosła brew.
Ciemnowłosa spojrzała jej prosto w oczy.
 - Obiecałaś nam pomóc, pamiętasz?
 Lutia zmarszczyła czoło. Pomóc? Ona? W czym? Przecież nic takiego nie obiecywała!
Kasandra ciągnęła dalej.
 - Szczelina na niebie... Wyłom... Jest coraz gorzej. Staje się większy. Potężniejszy.- Przerwała. Zwróciła się do okna i w skupieniu przyglądała się zielonej otoczce. Schowała twarz w dłoniach i odetchnęła głęboko. Po chwili odwróciła się. - Gdy zamknęłaś tamtą szczelinę... Zrobiłaś to z taką prostotą. Lutio, wyłom jest podobną materią. To wszystko rodzi z...
 - O czym ty mówisz? Czego ode mnie chcesz?
 Poszukiwaczka  przysiadła na drewnianej podłodze. Prawą rękę podparła na kolanie, wykonując dłonią gesty w powietrzu.
 - Chcę, abyś zamknęła Wyłom. A przynajmniej spróbowała.

niedziela, 19 lutego 2017

Rozdział 7. Pytania

Brak komentarzy:
Hejka, hejka!
Długo się nie widzieliśmy!
Nie wspominam o moim dotrzymywaniu terminów... Tu się kajam i błagam o wybaczenie...
Ogólnie, nie spodziewajcie się rozdziału przed egzaminami. Muszę skupić się teraz przede wszystkim na nauce. Oczywiście, nie wykluczam, że w między czasie pojawią się jakieś one-shoty czy cuś... Ale co do rozdziału...
Ah, nie zawracajmy sobie tym głowy! Liczę na Wasze opinie! 

 Minęły dokładnie trzy miesiące.
Lutia skrupulatnie wyliczała każdy z długich dni spędzonych w Inkwizycji.
Wpatrywała się w zachodzące słońce, oznaczające koniec przeżytej męki. Jej życie uzależnione było od ścisłej rutyny. Wstawała, trenowała, rozmawiała z Nathanielem lub Armeną, czekała na posiłek. Na samym końcu pogrążała się w bezdennej pustce, czekając gdy do jej powiek znów dotrze słoneczny blask.
 Zimno dawało się jej we znaki. Delikatnie chuchnęła na zaczerwienione dłonie. starając się choć trochę je rozgrzać. Rozpuszczone, jasne włosy skutecznie zasłaniały jej szczupłą twarz. Gwar rozchodził się zewsząd, nie dając elfce chwili wytchnienia. Siedziała na kamiennym murku, obserwując z oddali bawiącego się chłopca.
 Zima uderzyła niespodziewanie. Najpierw uniemożliwiła zbiory, następnie całą bielą opadła na Azyl.
Nie wiedziała dokładnie, który to okres. Połowa? Koniec? Nie była pewna, w którym momencie została przejęta przez Inkwizycję.
Prawdopodobnie zdążyła skończyć już osiemnaście lat.

niedziela, 5 lutego 2017

Zmiana szaty graficznej bloga!

Brak komentarzy:
Pewnie większość z Was zdziwi się, wchodząc na bloga :D
Otóż tak, jak już zauważyliście, coś tu się nie zgadza...
Hmmm..... Czy to zmiana koloru stron? Niee, raczej nie...
Ach, no tak! Piękny, nowiusieńki szablonik!

A tak poważnie: na zmianę musiałam trochę poczekać ( jakieś siedem miesięcy...) ale uważam, że było warto. Gdy tylko wchodzę w mój mały świat, od razu zaczynam się uśmiechać, chwytam długopis i piszę. Wena łapie mnie jak nigdy.
Za wykonanie szablonu, nagłówku i wszystkiego pragnę podziękować Irlandce/Vinxen, której talent niesamowicie doceniam ( znaleźć możecie ją na land of grafic ).
Mam również nadzieję, że i Wam się spodoba :D

Strona dalej jest dopracowywana- w wolnym czasie zajmę się wszystkim do porządku ( i zlikwiduję to brzydkie "bez tytułu" po prawej stronie XD).

Odnośnie następnego rozdziału: mam mnóstwo nauki i nie mam pojęcia, kiedy znowu przysiądę do biurka i otworzę zeszyt. Mam w tym roku egzaminy, które chcę napisać jak najlepiej. I tak sobie troszkę popuściłam ( liczyłam na stypendium- wyszłam na średniej zaledwie 4,50 ...), ale nie jest tak źle.

Wpadłam również na pomysł, by prócz rozdziału, prowadzić recenzje, streszczenia i nie tylko. Będzie to blog zarówno dla fanów Dragon age, jak i anime, visual novel, a i miejsce dla plastyków się tu znajdzie ;D
Wszystko to oczywiście w granicach moich możliwości, ale wierzę, że razem uda nam się zrobić coś wspaniałego!
No cóż, to tyle w dzisiejszej notce- do zobaczenia!

Miłej nauki, moje smocze serduszka!

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Rozdział 6. Badanie

Brak komentarzy:
Witam was moi drodzy!
Święta, święta i po świętach :D Jak je spędziliście? Mieliście 12 dań? A prezenty? Ja dostałam kocyk ( cuuuudny ) i manekina do rysowania, haha. Przynajmniej nie kolejny swetr od babuni :D
Oczywiście, rozdział spóźniony, ale liczęna wyrozumiałość. Miałam próbne egzaminy, dodatkowo masę nauki i ostatnim co był, gdy wróciłam do domu, to pisanie :(
Nie mam pojęcia, kiedy możecie spodziewać się kolejnego rozdziału, ale ja o was nie zapomniałam!
Przy okazji, wzięłam udział w konkursie plastycznym. Gdy poznam wyniki, opublikuję pracę na blogu, abyście mogli podziwiać mój :
"talent" XD

Zachęcam do komentowania!

Rozdział 6. Badanie

 Skrzypnięcie drewnianych wrot rozniosło się po pomieszczeniu. Kasandra podniosła wzrok znad mapy i z ciekawością przyglądała się Lutii. Elfka złowrogo zmrużyła oczy i ilustrowała salę.
W środku chaosu stał wielki, stary, mahoniowy stół, gdzie rozłożona była mapa. Przy ścianie znajdowała się kamienna płyta, na której dostrzegła czarny tusz. Oprócz tego komnatę dekorowało kilka jałowych, dopalających się świec i gobelin, przedstawiający symbol Inkwizycji otoczony płomieniami. Choć starała się zachować powagę i opanowanie, nerwowo wyłamywała palce i unikała wścibskich spojrzeń. Przeszła przez salę narad i zatrzymała się obok Cullena. Nie chciała nawet przebywać z czarnowłosą, nie mówiąc o jakimkolwiek kontakcie fizycznym. Skrzyżowała ręce licząc, że w ten sposób będzie wyglądała na pewną siebie. Nie zauważyła, jak bardzo drży, niekoniecznie z zimna. Cicho odetchnęła i łamiącym się głosem, spytała:
  - O-o co chodzi?
 Zacisnęła mocniej pięści i przygryzła wargę. Rumieniec wstydu oblał jej twarz, dosłownie czuła, że płonie. Nieprzyjemne mrowienie rozniosło się po jej ciele. Sierżant z troską przyglądał się roztrzęsionej dziewczynie. "Przecież to jeszcze dziecko!" - pomyślał wzburzony. 
 Spojrzał w jej pełne przerażenia, jak również determinacji oczy i zapragnął ją objąć, pocieszyć, obiecać, że wszystko się ułoży. Westchnął jedynie zrezygnowany i pełen poczucia winy, że nie zdołał powstrzymać swojej impulsywnej przyjaciółki przed zadaniem ciosu Dalijczykom.

niedziela, 6 listopada 2016

Liście spadają z drzew

Brak komentarzy:
Witam Was po (kolejnej) długiej przerwie!
Ale się stęskniłam :D Tak wiem, znowu nie dotrzymałam terminu, możecie mnie killować... ALE!
Przychodzę do was z nowym ONE-SHOTEEEEEM! YEAH!
Dlaczego? Już od dłuższego czasu miałam ochotę na napisanie go, ale nie miałam czasu. Jutro piszę olimpiadę z polskiego, 16-tego z WOSU, no maszakra!

Jak zwykle, nastęny rozdział ( nie ONE-SHOT :) ) postaram się dodać początek/połowa grudnia.
Zastanawiałam się nad bonusem z DA związany z świętami. Jesteście za? 
Pisząc one-shota inspirowałam się piosenką, którą radzę przesłuchać przed lekturą.
Gotowi?
Zapraszam do czytania!

Liście spadają z drzew

Promienie słoneczne bezlitośnie paliły skórę chłopca. Wiatr targał niemal zdartymi z niego łachmanami. Skulił się odruchowo, starając się zatrzymać resztkę ciepła. Jasne tęczówki z lękiem obserwowały nadchodzącą postać. Broda zaczęła drżeć, niemal nie przegryzając wargi. Zamknął oczy i modlił się w duchu. Ostatnie rany nie zdążyły się zabliźnić. Był pewny, że kolejny cios mógłby być jego ostatnim. Liny krępowały ruchy bruneta, pozostawiając na nadgarstkach głębokie zatarcia. Łzy nieubłaganie spływały po wymęczonej twarzy. Poczuł nachodzący cień przy ciele.
        Czego ryczysz?
Ostatkiem sił zdołał podnieść się z ziemi i podejść do wartownika. Dygnął przed mężczyzną, jak miał w zwyczaju.
   Pytałem, czego ryczysz?
Chłopiec jęknął z bólu spowodowanego mocnym uściskiem strażnika. Przełknął ślinę i starał się wydusić kilka słów.
   J-ja... Uch... B-boli...
Wartownik zaśmiał się ochryple. Z obrzydzeniem wpatrywał się w wielkie, zapłakane oczy.
   Boli,co?
Chwycił skrawek dawnej koszuli i pociągnął więźnia w górę.
   Teraz naprawdę cię zaboli.
Pieczenie rozniosło się po lewym policzku. Był przekonany, że widnieje na nim ślad po uderzeniu. Osunął się na ziemię i schował głowę w kolanach.Starał się opanować fale spazmu, dopóki z jego gardła nie wydobył się cichy szloch.
   Wstawaj.
Posłusznie wykonał polecenie.Opór nie miał najmniejszego sensu, wiedział o tym.
   A teraz posłuchaj mnie, magu. Twoje narzekanie nikogo nie obchodzi. Te diabelskie sztuczki ci się nie przydadzą. Ciesz się, że jeszcze żyjesz. Miałeś szczęście, że trafiłeś  do nas, mała bestio. Okaż wdzięczność!
Chłopiec klęknął przed wojownikiem.
   D-dziękuję...
Mężczyzna skrzyżował ręce na piersi. Uśmiechnął się triumfalnie.
   No, tak lepiej. Za lekceważenie...- zastanawiał się - cóż, pożegnaj się z dzisiejszym posiłkiem.
Splunął na ziemię, po czym zniknął za ścianą karczmy.

Słońce zdążyło już zajść, gdy dostrzegł w oddali obcą posturę. Wytężył wzrok, jednak wszystkie starania spełzły na niczym. Przypatrywała mu się z daleka, a szmaragdowe oczy - jedyne, co potrafił rozróżnić - błyszczały w ciemności.
Głosy w głowie podpowiadały mu, co powinien zrobić. Krzyczeć. Uciekać. Wołać o pomoc. Zamiast tego pozwolił sobie zamknąć powieki, a czarny obraz utrzymywał się do białego rana. Nigdy nie śnił, nie potrafił. Zawsze ta plama, która wciągała i wciągała go w coraz czarniejszy dół. Czasami budził się i miał wrażenie, że zapomniał o czymś ważnym. Ale kraina mroku wzywała go z powrotem w ciasną pustkę.

Kolejne cienie przecinały drogę. Brunet martwym wzrokiem wpatrywał się w dal. Wyraźne ślady łez rysowały się na chudej twarzy. Stał w miejscu, po raz setny układając dziwne pieśni.
„ Następna dziura została wessana,
przez wschód słońca,
odleciała w stronę nieba
i rozpłynęła się
w powietrzu "
Wymyślał zaklęcia, zastanawiał się, kim chciałby być, gdy dorośnie. Bał się tego, co miało nadejść, ale niecierpliwie oczekiwał tego momentu. Minęło sporo czasu, nim zorientował się, że jest obserwowany.
W oddali stała dziewczyna. Była jego wzrostu, może trochę wyższa. Zauważył, że zbliża się do niego. Serce przyspieszyło, a oddech stał się nierówny i szybki.
Przyjazny uśmiech wstąpił na jej twarz. Stała tyłem, nie wzbudzając podejrzeń wśród straży. Białe włosy wiły się wokół jej pleców. Choć był przerażony, bardzo chciał podejść i chwycić ją za rękę, poczuć ciepło drugiej osoby. Wiedział, że rozmowa jest zabroniona, mimo to spytał.
   Jak masz na imię?
Odwróciła się i splotła ze sobą ręce.
   Przepraszam, ale nie mam imienia.
Dopiero teraz spostrzegł, że jej kostki oplatają zerwane łańcuchy. Zdziwienie malowało się na jego twarzy. Zaczął drżeć. Spojrzał w górę, wpatrując się w błękitne niebo. Nagle poczuł dziwne ciepło na nadgarstku. Nim zdążył zaprotestować, liny opadły, a mała dłoń dziewczyny oplotła jego. Pogładziła go po policzku i spojrzała mu w oczy, uśmiechając się promiennie.
   Wróćmy razem do domu.
Coś w nim pękło. Łzy spływały po policzku, tworząc małą drużkę. Sznur, który przez tyle lat był jego poczuciem bezpieczeństwa, został spalony. Rzucił się na ziemię, wyłapując uratowane szczątki. Białowłosa pociągnęła za sobą zdezorientowanego więźnia w stronę targu, cały czas śląc szczere uśmiechy w jego stronę.

***
Szli tak przez jakiś czas. Jednak te kilka godzin były najcenniejszymi w krótkim życiu małego. Rozmawiali, wspinali się po drzewach. Zauważył, że słońce zaczęło chować się za chmurami. Dalej męczyła go kwestia łańcuchów, jednak strach przejął jego serce. Bał się, że mogłaby się na niego obrazić i pójść sobie, a on znów zostałby sam. W końcu zatrzymał się i rozejrzał. 
Szli wąską, kamienistą ścieżką, poprzecinaną po obu stronach rzeczką. Źdźbła trawy falowały na wietrze, mieniąc się soczystym kolorem zieleni. Stanęła przed nim i poprawiła odzienie. 
Patrzyli na siebie, okryci niespokojną ciszą.
   Jeśli cię złapią, zabiją cię.
   Wiem.  Zmrużyła oczy  ale nie wiedzą, gdzie jesteśmy.
   Ile masz lat?  wypalił. Chciał przeprosić za swoją ciekawość. Nie chciał jej przestraszyć. Mimo to, wydawała się być niewzruszona.
   A ty?
   Dziewięć.
   Aha.
Ukłonił się najlepiej jak potrafił.
   Dziękuję ci, ale muszę już wracać
Przegryzła lekko wargę.
   Nie złość się, proszę  załkał  J-ja... Ja muszę wrócić, będą na mnie źli. Chciałabyś... przyjść jutro?
Dziewczyna ze smutkiem wpatrywała się w chłopca.
   Przecież nie musisz wracać.
Wstrzymał oddech.
   N-nie muszę?
        Nie!
Zamarł. Wydawało mu się, że świat nagle poczerniał ze strachu. Zacisnął pięści i wziął głęboki oddech.
   Nie muszę.  powtórzył.
Szczęście wypełniło jego towarzyszkę. Zerwała pożółkłe liście i wrzuciła je do jeziora. Dryfowały delikatnie, a ich zetknięcie z taflą wody wyznaczały pojedyncze kręgi.
   Jesteśmy wolni. Możemy odpłynąć, jak liść.  Wpatrywała się w zachodzące słońce. Po chwili białe włosy całkiem przysłoniły jej twarz.  Bo widzisz, on od początku był skazany na samotność.
Chłopiec znieruchomiał. Ta opowieść wydawała mu się całkiem bezsensowna, a jednocześnie wyjątkowo pociągająca. Słuchał więc dalej.
    Na początku był jeden mały, smutny liść. Bał się ciemności, wiatru, ptaków. Następnego dnia na gałęzi pojawił się pąk. Kolejnego dnia jeszcze jeden, i  tak przez wiele lat. Ale liść i tak był smutny. Wiesz dlaczego?
Zaprzeczył ruchem głowy.
   Dlatego,  ciągnęła  że nikogo nie kochał. Każdy liść spadł na ziemię lub został zerwany. Żółty ocalał, ponieważ nikt go nie chciał, a zielone były zbyt próżne na chwilę uniesień. W rzeczywistości, choć rosły na jednym drzewie, każdego z nich dzieliła pewna odległość. Więc, tak na prawdę, to każdy z nich jest samotny. Ale one zostaną tutaj i będą napawać się swoim pięknem, a żółty będzie miał okazję zwiedzić świat. Będzie szczęśliwy w swojej samotności.
Niebieskooki uśmiechnął się. Chwycił nieznajomą za rękę i poprowadził w stronę lasu.
   Ale liść może zabrać ze sobą przyjaciela, prawda? I obydwoje będą się dzielić swoją samotnością.
Dziewczyna zastanowiła się. Odwzajemniła uścisk i szli razem, ramię przy ramieniu. 
   Tak.
Ciepło rozeszło się w sercach dzieci. Dotyk ludzkiej dłoni był czymś tak obcym, niemal nierzeczywistym obrazem będącym utęsknionym marzeniem.
Były więzień jeszcze raz spojrzał w stronę odpływających liści. Słońce zdążyło już zajść, pozostawiając po sobie ciemnopomarańczową łunę.
  A nasze troski i cierpienia,
ból, nieznane imiona,
zostały wessane przez zachód słońca
i rozpłynęły się
w powietrzu".

niedziela, 25 września 2016

Rozdział 5. Poznanie

Brak komentarzy:
Witam! Przynoszę do was kolejny rozdział! Jak idzie Wam nauka?  U mnie strasznie...  Nie ma dnia bez kartkówki/sprawdzianu/sesji.  Masakra! Ale co to dla mnie!  Jak zwykle znalazłam czas na pisanie- i wyrobiłam się!  WOW! Następny rozdział postaram się dodać połowa/koniec października. A tymczasem zapraszam do czytania!

Rozdział 5. Poznanie

 Mężczyzna długo wpatrywał się w elfią dziewczynę. Przyglądał się jej dużym, niebieskim oczom, cerze gładkiej niczym płatek róży. Jej małe, jednak pełne usta rozciągnęły się w smutnym uśmiechu. Jasne włosy targane wiatrem ukazały coś, co szczególnie zwróciło jego uwagę. Para spiczastych uszu. W ciszy badał jej każdy ruch i drgnięcie. W końcu, po pierwszym szoku, delikatnie uniósł kąciki ust w górę, starając się nabrać łagodny wyraz twarzy.
 - Witaj. Mogę ci w czymś pomóc?
Lutia zawahała się. Ścisnęła mocniej nadgarstek brata. Chłopiec syknął i powoli wyswobodził się z ręki siostry.
 - Przepraszam, jeśli przeszkadzam - zaczęła- Ale... Czy mogłabym... Porozmawiać o...
Nie wiedziała, co powiedzieć. O czym chciała mówić? O elfach? O ucieczce? O swoich problemach? Przecież wcale nie musiał jej słuchać!
Postanowiła stąd odejść, póki miała czas. Odwróciła się z zamiarem ucieczki, gdy poczuła czyjąś dużą, ciepłą dłoń na ramieniu.
 - Poczekaj.
Dalijka spojrzała zdziwiona na elfa.
 - Z jakiego klanu jesteście?
 - Lavellan- odpowiedziała zgodnie z prawdą.
 - Lavellan...- powtórzył. - Proszę, wejdźcie!
Uchylił lekko drzwi, zachęcając rodzeństwo. Zdziwienie malowało się na twarzy dziewczyny. Szybkim krokiem przeszła przez próg chatki.

niedziela, 21 sierpnia 2016

Rozdział 4. Witamy w Inkwizycji

Brak komentarzy:
Witajcie po długiej przerwie!
Na wstępie chciałam podziękować za miły i dodający otuchy komentarz Clacier!
Naprawdę, dzięki tobie jeszcze dziś publikuję ten rozdział ( nie w przyszłym tygodniu czy za dwa, cóż poradzić, leniuszek ze mnie <3 ).
Mam nadzieję, że od tej pory będzie nas więcej i więcej, a fani DA złączą się w sile i duchu.
Zapraszam na nowy rozdział!

Rozdział  4. Witamy w Inkwizycji


 Cichy chlupot wody odbijał się echem po lesie. Czarna, niemal bezgwiezdna noc wisiała nad głowami rycerzy. Wszyscy byli zajęci pochłanianiem skromnego, aczkolwiek smacznego posiłku. Skwierczenie ognia skutecznie odstraszały naprzykrzające się owady. Cullen wraz z Kasandrą obmyślali kolejny plan wybicia venatori, kątem oka spoglądając na skuloną elfkę siedzącą przy ognisku. Lutia niespokojnie wierciła się w miejscu, obserwując rudowłosą kobietę. Leliana wskazała głową gar gulaszu.
 - Powinnaś coś zjeść. Nie chcesz chyba paść z głodu?
Niebieskooka przyciągnęła kolana do siebie i oparła na nich swoją brodę.
 -Nie jestem głodna.
Szpieg mistrzyni przeniosła wzrok na śpiącego obok jasnowłosej Nathaniela.
 - W porządku. Jeśli nie chcesz zrobić tego dla mnie, zrób to dla niego. Potrzebuje cię.
Lutia przyglądała się gotującej zupie. Po chwili głośne burczenie rozległo się wkoło ogniska. Czerwone rumieńce oblały twarz dziewczyny, która szybka spuściła głowę. Po paru minutach nalała odrobinę dania do misy i w błyskawicznym tempie zjadła.
 - Widzisz? Nie była zatruta. Smakowała ci?
 - Mhm...
Pomimo chęci Leliany, elfka dalej trzymała wszystkich na dystans. Nie dopuszczała do siebie żadnej dobrej myśli obejmującej jej towarzyszy. I nie miała jej tego za złe. W końcu to przez nich odeszła jej rodzina i przyjaciele. 
Usłyszała kroki i odruchowo musnęła dłonią swojego sztyletu. Jasna czupryna wyłoniła się z cienia.
 - Spokojnie, to tylko ja!
Kasandra posłała mu gniewne spojrzenie.
 - Cóż, to tylko my... - Poprawił się Cullen.
Czarnowłosa podeszła do ostrouchej. Dziewczyna wpatrywała się w  kobie z zawiścią w oczach. Otuliła się mocniej rękami i zaczęła wbijać paznokcie w skórę, zostawiając na niej ślady w kształcie półksiężyca.
 - Nie musisz mi odpowiadać, jeśli nie nie chcesz. Chcę tylko, abyś mnie wysłuchała.
Lutia kątem oka zerknęła na ciemnooką. Przyglądała się umęczonej twarzy oświetlonej ogniem. Nienawidziła jej i dziękowała bogom za każde doznane przez nią cierpienie.

sobota, 21 maja 2016

Rozdział 3. Znamię

Brak komentarzy:


Głosy ucichły, a oczy wszystkich zwrócone były w stronę elfki. Oddychała szybko, w nierównych odstępach czasu. Jej zwykle radosne, pełne życia oczy, przykryte były mgłą. Nawet najjaśniejsza iskra nie była w stanie jej przebić. Sierżant Cullen zaniemówił, wpatrując się w zrozpaczoną dziewczynę. Przyglądał się, jak bezradnie próbowała ugasić płomienie.  Ogień jednak się rozprzestrzeniał, obejmując korony drzew i krzewów. Chciał podejść, chwycić ją za rękę i powiedzieć "Przykro mi".  Ale czy miał do tego prawo?
Jasnowłosa z wściekłością rzuciła się na wojowników. Mężczyźni ubiegli jej atak. Jeden z nich chwycił jej rękę i mocno wykręcił. Przygryzła wargę powstrzymując jęk bólu. Po krótkiej szamotaninie wyrwała się z uścisku napastnika i wycelowała w niego lewą dłonią. Kotwica błyskała jasnozieloną poświatą. Nad nimi pojawiła się dziura, a z niej zaczęły wychodzić demony.
  - Wszyscy do broni! - krzyknęła Kasandra.
Rozniósł się znajomy szczęk metalu, by po chwili zatopić broń w sercach potworów. Elfka czekała w oddali, jednocześnie przyglądając się strasznym istotą. Wiedziała, że to nie ona otworzyła szczelinę. Więc kto?

sobota, 16 stycznia 2016

Spotkanie po latach

Brak komentarzy:


 

Pewien starszy mężczyzna stał właśnie przed karczmą "Pod Wisielcem". Swoją prawą dłonią przeczesał czarne, lekko siwiejące włosy, po czym chwycił sakwę zwisającą z jego skórzanego pasa. Sprawnie odliczył pięć monet, poprawił lnianą koszulę i wszedł do środka.

Światło bijące ze świec niemal go zaślepiło. W powietrzu można było wyczuć odór potu, zapach olejków korzennych oraz słodką woń miodu. Kobiety podawały klientom napitki, nie oszczędzając mężczyznom widoku, na który tak uparcie czekali. Bard w kącie właśnie nastrajał lutnie, ale nie trzeba było długo czekać, aby usłyszeć słowa i melodię tak bardzo mu znaną.

"Szary Strażniku, przyznaj nam się,

złożyłeś przysięgi, dziś

złamałeś je..."

Delikatnie, w rytm utworu, szedł w stronę zajętego stolika. Deski pod jego ciężarem zaskrzypiały, dając do zrozumienia, ile lat już minęło od jego ostatniej wizyty.

Rozdział 2. Ogień

Brak komentarzy:


Na łące, leżącej tuż za lasem w którym znajdował się obóz, szły dwie postacie. Lutia, jasnowłosa elfka, oraz jej młodszy brat- Nathaniel. Ponieważ matka dziewczyny była czystej krwi Dalijką, postanowiła nazwać dziewczynę Luteija- imieniem szczególnie szanowanym przez jej pobratymców. Jednak z powodu przedziwnej choroby gardła, imię dziewczyny zostało niezrozumiane- i tak narodziła się Lutia.
Z kolei ojciec rodzeństwa pochodził z Fereldenu, gdzie dawniej miała miejsce ostatnia plaga.
Chłopiec delikatnie trzymał się dłoń siostry, rozglądając się i napotykając różne rodzaje roślin, których nigdy dotąd nie widział. Obydwoje ubrani byli w białe i jasnozielone tkaniny.
Elfka rozpuściła swoje złociste włosy, tak, by mogły swobodnie opadać falami na jej plecach. Duże, niebieskie oczy patrzyły z politowaniem na Nathaniela, który właśnie w tej chwili wyjadał gruszki z ich wspólnego koszyka.
  - Nathaniel, zostaw to. To nie dla ciebie.
Chłopiec oblizał palce i odwrócił się w stronę siostry.
  - Ale ja to znalazłem! Dla kogo więc?
Dziewczyna wyrwała zdobycz  z rąk brata i delikatnie, uważając by nie pobrudzić sukienki,  uklękła przed nim tak, by mogła spojrzeć mu w oczy.
  - Pamiętasz te dobre ciasteczka z jagodami?
Zielonooki zamyślił się, po czym skinął głową.
  - W tym roku jest ich mało, więc nazbieraliśmy innych owoców. Mamae chce nam zrobić przyjemność i upiecze nam słodkości.
Uśmiechnęła się, po czym pocałowała malca w czoło. Ten szybko zrozumiał, o czym mówiła jasnowłosa i rozpromienił się.
Wiedział, że to naprawdę dobre ciastka.

***

piątek, 30 października 2015

Brak komentarzy:
Już coraz bliżej!!!

Zakładka "bohaterowie" w górnej części ekranu została uzupełniona! (Przynajmniej tyle, ile mogę zdradzić ).
Dlaczego o tym piszę? Otóż, blog jest nowy, a więc cały czas dopracowywany. Dlatego radzę zaglądać od czasu do czasu do poszczególnych zakładek.

Niektóre rzeczy mogą zostać pominięte, ale przyczyną tego jest wprowadzenie do fabuły. Tak więc poszczególne elementy będą na bieżąco dodawane.

Drugi rozdział pojawi się najprawdopodobniej w przyszłym tygodniu. Mam już mniej więcej zarys, wystarczy tylko chwycić długopis, i pisać!
Życzę Wam miłego weekendu!


Mien'harel
 

środa, 7 października 2015

Rozdział 1. Dom ( Prolog )

Brak komentarzy:

   - Mamae, dlaczego Nathaniel otrzymał Vallaslin a ja nie?
W pewnym namiocie, znajdującym się w klanie Lavellan, usłyszeć można było głosy. Jeden, wyniosły i dojrzały, oraz drugi, energiczny i pewny.
W pewnym namiocie dojrzeć można było cienie. Kobietę, zabawnie brzdąkającą garnkami, dziewczynę siedzącą swobodnie na pryczy i małą, czarną plamę znajdującą się obok niej.
W pewnym namiocie poczuć można było ciepło, zapach świeżej jagnięciny i serdeczność gospodyni.
To właśnie w owym pomieszczeniu, dwie piękne elfki spierały się - jak co dzień - o prawo "noszenia" pisma krwi.
  - Skarbie, tłumaczyłam Ci. Uznaliśmy z  ojcem, że nie będziemy tworzyć żadnych wzorów na twej ślicznej buzi. Gdy dorośniesz, jeszcze nam podziękujesz.
Dziewczyna spojrzała na matkę. Od dawna ciągnęły tą grę. Choć ojciec elfki zmarł zaledwie kilka lat temu, wciąż powtarzały sobie, że już za niedługo ponownie przekroczy próg obozowiska. Tak było prościej. Dla nich obu.
 Brązowe, długie loki spływały kaskadą po plecach, co rusz potraktowane płynnymi ruchami palców kobiety. Zielone oczy odbijały się w ogniu gasnącym na palenisku, znajdującym się pośrodku namiotu. Zgrabna, drobna sylwetka sprawiała, że nie jedna szlachcianka zazdrościła jej urody. Skóra rozdzicielki, przypominająca odcieniem soczyste brzoskwinie, również nie okazywała zastrzeżeń. Jedynie zawiły wzór, znajdujący się na twarzy, przesłaniał rzeczywisty obraz doskonałości.
Pod względem urody były dość różne. Kobieta miała ostre rysy twarzy i prosty, długi nos, podczas gdy córka mogła pochwalić się szczupłą buzią i wielkimi, niebieskimi oczami.

Matka elfki uniosła wzrok znad brudnych, glinianych garnków i przeniosła go na pryczę, gdzie jej syn, Nathaniel, spokojnie bawił się na kolanach siostry.

  - Proszę, nie rozmawiajmy już o tym więcej.
  -  Ale mamo, ja...
  - Lutio, proszę?


Szkielet Smoka Panda Graphics